FEDE FRANCESCA BONATI MOSIEWICZ zmarła 8 sierpnia 2019 roku. Przez 72 lata była żoną Antoniego Mosiewicza, który zmarł 31 maja 2018 roku. Swoich rodziców wspomina ich syn − Jurek Mosiewicz.
Moja Matka Fede Francesca Bonati urodziła się 16 lipca 1925 roku w Rzymie, w samym centrum miasta, na Via Sistina, ulicy, która prowadzi do Trinità dei Monti. Jej rodzice to: matka, a moja babka − Agar Sorbatti Bonati, a jej ojciec, mój dziadek − Fernando Bonati. Obydwoje byli inżynierami, obydwoje w tym samym wieku – mieli po dwadzieścia pięć lat, gdy się pobierali. Obydwoje pobili pewne rekordy: nasza babcia była pierwszą kobietą inżynierem w regionie Marche, nasz dziadek był pierwszym inżynierem elektronikiem, to była nowa specjalizacja, dopiero co rodząca się.
Wszystko to Mama przeżywała, stwierdzając „...byłam córką dwojga inżynierów, a w szkole byłam słaba z matematyki...”. Nie wiem nawet, czy to prawda, ale faktem jest, że liczby nigdy w niej nie wywoływały emocji. Rodzice posłali ją do liceum klasycznego, prawdziwego przedwojennego liceum, które było, jak wiadomo, wymagające i trudne. W wieku 80 lat nadal pomagała swoim wnuczkom w tłumaczeniach z łaciny, z wielką jasnością umysłu. Byłem zafascynowany jej zdolnością interpretacji myśli autora, zawsze płynną, spontaniczną i w świetnej formie. Była prawdziwą tłumaczką.
Mama ze mną (1947)
W wieku około 85 lat przyszło jej do głowy, że potrzebuje korepetycji i poprosiła o nie swojego wnuczka − Edoardo. Po czym, przekonana, że Edoardo nie jest dla niej dostatecznie surowy, tak jak powinien, zwróciła się do emerytowanej profesorki i spotykała się z nią trzy razy w tygodniu.
Ale wróćmy do Rzymu. W 1927 roku urodził się młodszy brat matki. W międzyczasie jej ojciec wraz z kolegą, inżynierem Ottolenghim, otworzyli profesjonalną pracownię. Zajmowali się instalacjami i inżynierią przemysłową. Po pewnym czasie doszli do wniosku, że w Rzymie nie zrealizują swych celów życiowych, a odpowiednim miejscem do pracy i życia jest Mediolan. Moi dziadkowie przeprowadzili się tam w 1937 roku.
Ślub rodziców (24 IV 1946)
Dla Mamy były to dwie różne i równoległe miłości. Rzym reprezentował piękno: była dumna, że urodziła się w Rzymie, Mediolan był miastem obowiązku i pracy, miastem ze swoim też nieco ukrytym pięknem, ale przede wszystkim dającym takie możliwości, których Rzym nie był w stanie zaoferować.
Matka często powracała do Rzymu, ale zawsze trochę przelotnie, w pośpiechu. Kilka lat temu poprosiła mnie jednak, aby tam naprawdę powrócić na dłużej. Zatrzymaliśmy w Rzymie przez wiele dni.
Chodziliśmy razem, trzymając się pod rękę, znajomymi ulicami, przez Via Sistina, Via Nazionale, potem do Viale Mazzini… tam były domy, w których niegdyś Mama mieszkała. Oglądaliśmy kościóły: Santa Maria degli Angeli, gdzie została ochrzczona, San Pietro i Chiesa del Gesù, a także Koloseum, Fora, Piazza Navona i Piazza di Spagna. Oglądaliśmy Rzym nie jak oczarowani miastem turyści, ale bardzo intymnie, z takim uśmiechem pełnym wspomnień i sympatii, który się ma w stosunku do miejsc z okresu dzieciństwa i młodości.
Antoni Mosiewicz z żoną i dziećmi (Jurkiem, Robertem i Enrique)
W Mediolanie Mama uczęszczała do Liceum Vittoria Colonna (dla panien szlachetnie urodzonych) na Via Conservatorio. Tamte lata dopiero nie tak dawno opisała mi w ten sposób:
„…chodziliśmy do szkoły i odrabialiśmy lekcje. W sobotę rano tata szedł do pracy, po południu chodziliśmy na zakupy lub do centrum na spacer, z przerwą na kawę. W niedzielę rano była Msza św., po południu tato wsiadał do pociągu i jechał do pracy, aby w poniedziałek rano, już o 8.30, znaleźć się na budowie lub u klienta. To było nasze życie…”.
Można powiedzieć, że moi dziadkowie to było dwoje inżynierów, którzy niewątpliwie bardzo kochali swoje dzieci, mieli wielkie poczucie obowiązku i starali się wszystkim to przekazywać.
Urodziny Antoniego Mosiewicza, dziewięćdziesiąte dziewiąte (Stresa 9 IX 2012)
Lato spędzano zazwyczaj w Loro Piceno, w regionie Marche, gdzie rodzina babci posiadała dobra ziemskie, które do dnia dzisiejszego należą do Rodziny. Było tam trochę więcej swobody, moi dziadkowie i ich dzieci czuli się bardziej wolni, choć zawsze musieli uwzględniać hierarchię wielu obecnych tam kobiet: cioć, babć i prababć. Moja Mama nie była za bardzo przywiązana do tego miejsca − była kobietą miasta.
W czerwcu 1940 roku Włochy popełniły niewybaczalny błąd, włączając się w II wojnę światową. Dziadek został powołany do wojska i kierował Compagnia Idrici Speciale (Specjalną Kompanią Wodną), mającą za zadanie wsparcie techniczne armii, na terenie Afryki Północnej.
Rodzina Bonatich pozostała w Mediolanie, Fede kontynuowała naukę w liceum, ale w 1943 roku rozpoczęły się intensywne bombardowania włoskich miast przez aliantów. Mediolan został nimi szczególnie dotknięty z powodu swego charakteru miasta przemysłowego. Mieszkańcy zaczęli przenosić się na wieś i do okolicznych małych miasteczek. Rodzina Bonatich znalazła się w regionie Marche. Rok maturalny mojej Mamy w liceum zakończył się jak zwykły rok szkolny, bez egzaminów.
W końcu 1943 roku 2. Korpus Polski wylądował w południowych Włoszech i w maju 1944 roku odegrał decydującą rolę w bitwie pod Monte Cassino. Mój ojciec, Antoni, po długich perypetiach wojennych, które zaczęły się od 1 września 1939 roku, od daty napaści Niemiec na Polskę, dołączył do 2. Korpusu Polskiego gen. Andersa w stopniu porucznika. Ale to już inna historia.
Po zwycięstwie pod Monte Cassino i przerwaniu Linii Gustawa 2. Korpus Polski został przeniesiony nad Adriatyk z zadaniem zdobycia Ankony i uczynienia tego miasta bazą logistyczną do przygotowania ataku na Linię Gotów. Niemcy wycofywali się, walcząc, ale jedno po drugim były wyzwalane kolejne miasta i wsie Regionu Marche. Moja Mama wspominała:
„…było już ciemno i siedzieliśmy w domu, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Był to niemiecki oficer, który poinformował, że ze swoją jednostką zatrzyma się na noc w parku…. O 4.00 rano usłyszeliśmy hałasy, to Niemcy załadowywali wozy konne i odjeżdżali. Niektórzy wycofywali się na piechotę, inni na rowerach. O godzinie 6.00 Polacy wkroczyli do Loro Piceno...”
Jeszcze do dzisiaj w wiosce ci, którzy byli przy tym obecni, pamiętają ten dzień.
Porucznik Antoni Mosiewicz zamieszkał w willi San Michele wraz z innymi oficerami, w willi oddalonej tylko o kilka kilometrów od naszej, należącej do rodziny mojej prababci. Te wydarzenia nie są nam zbyt dobrze znane, ponieważ nasi rodzice nigdy nie opowiadali nam o tym szczegółowo, ale jestem przekonany, że to Mama wpadła porucznikowi w oko, miała wówczas 20 lat. Polacy z pewnością byli sympatyczni, niektórzy bardzo przystojni, ale... W każdym razie pierwsze kontakty moich rodziców miały miejsce w przerwie poprzedzającej bitwę o Ankonę. Na rzece Chienti toczyły się ostre walki, moja babcia zapamiętała postawione 3 czy 4 krzyże, z białymi rękawiczkami wciągniętymi na ich szczyt. Później przyszła kolej na wyzwolenie Osimo, Filotrano, Ankony.
Ta miłość moich rodziców narodziła się w czasie wojennym, więc tak naprawdę nie wiem, kiedy oni nawzajem wyznali sobie uczucia i w jaki sposób się kontaktowali. Mój Ojciec był w walczącej armii i, co za tym idzie, brał udział we wszystkich akcjach przeciwko armii niemieckiej, stawiającej silny opór na kolejnych pozycjach, na brzegu każdej przekraczanej rzeki. Aż do wyzwolenia Bolonii.
Kwatera główna zastała zainstalowana w Forlì i prawdopodobnie od tego momentu przyszli narzeczeni zaczęli się częściej widywać. Nie wiem o tym nic więcej, z wyjątkiem tego, że mój Ojciec koniecznie pragnął, aby dziadek wyraził zgodę na te jego plany małżeńskie. Dziadek mój, który walczył w Afryce Północnej i był jeńcem wojennym w Ameryce, w drodze powrotnej do domu, odpowiedział telegramem: Niech was Bóg błogosławi.
Od chwili otrzymania telegramu do 24 kwietnia 1946 roku, tj. dnia ślubu, minęło pięć miesięcy. Ślub odbył się w Loro Piceno, w kościele Santa Maria delle Grazie, w którym przez prawie dwa stulecia odbywały się wszystkie śluby rodziny, która aktem z 20 sierpnia 1760 roku zobowiązała się utrzymywać budynek kościoła i pokrywać wszystkie koszty związane z działalnością liturgiczną. Od tego momentu historia młodych małżonków stała się jednak zagmatwana i pełna zawiłości. Zamieszkali oni w Forlì, w jednym z domów zarekwirowanych przez wojsko, wraz z innymi parami małżeńskimi.
Mężowie zostali wezwani do Anglii. Z listów rodziców jasno wynika, że był to okres wielkiej niepewności. Żonaci z Włoszkami polscy żołnierze nie wiedzieli, kiedy i czy będą mogli wrócić do Włoch i kiedy rozpocznie się demobilizacja. W rzeczywistości Polacy z Armii generała Andersa stali się prawdziwym problemem dla sił alianckich. Było już oczywiste, że nie wrócą do Polski i stało się jasne, że żaden z sojuszników nie wykazuje chęci do przyjęcia ich we własnym kraju. Ostatecznie zostali zdemobilizowani i rozpoczęła się druga odyseja 2. Korpusu Polskiego. Rozproszyli się i trafili w różne zakątki świata.
Antoni i Fede zdecydowali się na emigrację do Argentyny. Statek, którym płynęli, należał do Czerwonego Krzyża. Mama tak wspominała angielską obsługę:
„…byli aroganccy i rano wręczali mężczyznom miotły do ręki, aby czyścili pokład. Pewnego dnia twój ojcie c pojawił się z medalami na piersi i ni e mieli już odwagi, by włożyć mu miotłę do ręki...”
Wylądowali w Buenos Aires i zaczęli wszystko od zera. Pierwsza praca, którą podjął mój Ojciec, była efektem dobrego wyniku uzyskanego w zawodach biegowych. Aspiranci zostali ustawieni w odległości 100 metrów od bramy fabryki i kazano im do niej biec. Dziesięciu pierwszych, którzy wygrali bieg, zostało zatrudnionych. Widać jasno, że wszystko to nie było łatwe.
Ruszyli do pracy bardzo aktywnie, dopisywał im również dobry humor, jak to wynika z listów. Powoli rodzice wybudowali dom, otworzyli małą fabrykę płytek ceramicznych. W tym samym czasie, co 24 miesiące, zaczęły się rodzić dzieci. Do 1952 roku Mama była albo w ciąży, albo karmiła piersią. Do tego zajmowała się domem, szkołą, ogrodem, chodzili razem z Ojcem do polskiego klubu, przyjmowali gości. Mamie bardzo zależało na tym, aby w domu prowadzić kuchnię włoską... Mama opowiadała, że to był najpiękniejszy okres w jej życiu, a jej listy przedstawiają młodą kobietę, pogodną, zakochaną, żywiołową, optymistyczną. Szczęśliwą.
W październiku 1952 roku umarł brat Mamy, Luigi. Dziadkowie potrzebowali wsparcia, więc Fede wróciła do Włoch z dziećmi, a Antoni został w Argentynie, zlikwidował swoją działalność zawodową, po czym też powrócił.
Zaczęło się ponownie nowe życie, dla Fede już po raz trzeci.... a dla Toniego (Antoniego) − nie wiadomo, które z kolei. Praca zawodowa to był zupełnie nowy rozdział. Pracował on ze swym teściem, który był zmęczony i pogrążony w głębokim bólu. Mieszkali z rodzicami Fede, okrytymi żałobą. Dzieci były denerwujące, bardzo żywe. Tak, ich życie stawało się tym razem naprawdę trudne! W Argentynie decydowali sami o sobie, o własnym życiu. We Włoszech już nie po raz pierwszy nie mieli wyboru, wszystko było zdecydowane z góry. W 1956 roku umarł dziadek, na zawał serca. Pomysł powrotu do Argentyny został definitywnie odłożony na półkę.
Krok po kroku, ale dosyć szybko, nasz Ojciec musiał zastąpić dziadka. My, po dwóch latach, zapomnieliśmy język hiszpański. Przysparzaliśmy naszym rodzicom wielu kłopotów, które były związane z naszymi problemami nastolatków, niezwykle żywych. To były lata, które spędziliśmy w domu rodziców, dopóki sami nie zaczęliśmy się żenić i wyjeżdżać jeden po drugim, i powoli dom opustoszał.
Nie były to szczęśliwe lata dla Mamy, przynajmniej nie tak szczęśliwe, jak w Argentynie. Myśl o tym kraju właściwie nigdy jej nie opuściła.
Kiedy my, młodzi, powoli opuszczaliśmy dom rodzinny, jej życie trochę się zmieniło na lepsze. Nie była nigdy matką nadmiernie opiekuńczą, nie starała się na siłę we wszystko wnikać i nie stawać po czyjejś stronie, w rodzinie tak skomplikowanej, jak nasza. Dla przykładu, kiedy my jej nie szukaliśmy, ona nas na siłę nie poszukiwała. Ale oczywiście była szczęśliwa, kiedy myśmy przychodzili do niej ze swoimi sprawami.
Przynajmniej w tamtych latach starała się zajmować tym, co lubiła. Były to krótkie wyjazdy z mężem na kiermasze antyków i staroci, na wystawy, do muzeów, do kawiarni w centrum miasta, które dobrze znała ze wspaniałych ciast z tamtejszych cukierni. Udzielała też wnuczkom korepetycji z łaciny. Zabierała je do Rzymu, ale zawsze pojedynczo, jedną na raz. Uważała, że tylko ona jest osobą, która potrafi zapoznać je z miastem i że to należy do jej obowiązków.
Często powtarzała „...pytajcie mnie o wszystko, bo gdy umrę, już więcej niczego się nie dowiecie...”. Ale jak można zadawać takie osobiste pytania rodzicom? To jest niemożliwe, to jest jakby przesłuchanie.
Często nie rozpoczyna się rozmowy czy nie zadaje pytań z nieśmiałości czy zakłopotania, często pisanie jest o wiele łatwiejsze, bo z biegiem czasu zmniejsza się poczucie zażenowania czy onieśmielenie.
O wielu sprawach dotyczących Mamy, o których nic nie wiedziałem, dowiedziałem się z jej listów, notatek i pamiętników. Nie była to tylko kronika wydarzeń, ale także złożony obraz uczuć i nastrojów, jakim stawiała czoła w życiu i na nie reagowała.
Wszystko to złożyło się na portret Mamy jako osoby powściągliwej i skromnej, ale zdecydowanej w swoich przekonaniach, z których wiele było niekonwencjonalnych, a które determinowała konsekwentnie jej inteligencja. Była osobą wielce nieśmiałą, myślę, że łatwo się rumieniła na samą myśl o uzewnętrznieniu jakichkolwiek uczuć. Jednocześnie zawsze była gotowa do wysłuchiwania kogoś, kto tego potrzebował. Być może nawet nie sugerowała rozwiązania, ale było się przekonanym, że zostało się wysłuchanym. Zgodnie jej usposobieniem i kulturą, nie umiała okazywać publicznie czułości, nie pozwalał na to jej własny, wewnętrzny hamulec. Potrafiła się jednak wzruszać, jeśli sprawy dotykały jej głęboko, często można było zauważyć, jak wilgotniały jej oczy.
Była osobą nieposzlakowaną.
W 2018 roku straciła Antoniego − Antka, jak go nazywała. Była cały czas przy nim i zdawała sobie jednak jasno sprawę, że „...on umiera”. Spoglądała na nas z niemą prośbą, abyśmy zaprzeczyli temu. Kiedy jednak powoli zaczęła sobie zdawać sprawę, że zostaje sama, stała się jakby nieobecna, uśmiechając się smutno. Nie pytała już więcej o niego, aby uniknąć naszych dalszych potwierdzeń.
Nagły kryzys oddechowy spowodował, że została zabrana do szpitala karetką pogotowia i poddana badaniom. Położono ją w sali szpitalnej. Po pół godzinie wyszła do mnie pielęgniarka i powiedziała „Pana Matka nie żyje...”.
Od lewej: Joanna Heyman-Salvadé, syn Ferdy, Państwo Mosiewiczowie, syn Jurek (odwrócony bokiem), 2015
Jurek Mosiewicz Bonati
8 sierpnia 2019 roku
Przekład z języka włoskiego Joanna Heyman-Salvadé
Joanna Heyman-Salvadé lekarz medycyny. Absolwentka Akademii Medycz nej w Warszawie (1973) i Uniwersytetu w Mediolanie (1974). Specjalizacja z reumatologii na Uniwersytecie w Mediolanie, specjalizacja z kardiologii na Uniwersytecie w Parmie. Międzynarodowe staże: w Mount Sinai University (New York, USA) i w University La Jolla (San Diego, USA) w dziedzinie echokardiografii serca dorosłych i pediatrycznej. Długoletnia praca w szpitalach mediolańskich jako specjalista kardiolog, profesor kontraktowy Kardiologii na Uniwersytecie w Mediolanie (2001–2011), współpracownik naukowy Consiglio Nazionale delle Ricerche w Mediolanie, autorka i współautorka około 90 publikacji w pismach naukowych.
Współzałożycielka Związku Polaków w Mediolanie, jego prezes (1998−2012). Wiceprezes Związku Polaków we Włoszech (1999−2009) i prezes w latach 2009−2015.
Członek Komitetu Wykonawczego budowy Muzeum Pamięci 2. Korpusu Polskiego we Włoszech przy polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino (2013-2014), obecnie członek Zarządu Fundacji Muzeum Pamięci 2 Korpusu Polskiego we Włoszech. Aktywna współpraca z Europejską Unią Wspólnot Polonijnych, Radą Polonii Świata i Światowym Zjednoczeniem Polek.





