Deportacje i powroty Polaków „do” i „z” Kazachstanu

16.12.2021

Deportacje i powroty Polaków „do” i „z” Kazachstanu - rozmowa z autorem nowej książki Anatolem Diaczyńskim* literatem, repatriantem z Kazachstanu

-Przymusowe przesiedlenia ludności polskiej do Kazachstanu odbywały się w połowie lat trzydziestych oraz 1940-1941**. Wówczas to Polaków osiedlano w rejonie miast Akmolińska, Kustanaja, Kokczetawa, Krasnoarmiejska, Pietropawłowska. Na tych obszarach powstawały miejscowości nazywane przez Polaków własnymi nazwami, np. Kalinówka, Wiśniówka, Jasna Polana, Zielony Gaj, Konstantinówka. Piszesz o tym wszystkim w swojej nowej książce pt. O tych zapomnianych powiedzcie choć słowo…

-Moja ostatnia książka ukazała się w roku 2020. Dedykowałem ją moim rodakom – Polakom przesiedlonym właśnie w roku 1936 z Zachodniej Ukrainy do Kazachstanu, w setną rocznicę odzyskania Niepodległości przez Polskę. Książka ta ukazała się już wcześniej po rosyjsku i ukraińsku oraz w skróconej wersji po polsku. Było to jednak 20 lat temu i od tego czasu ze wschodu wróciło do Polski tysiące repatriantów. Praktycznie nikt z nich o tamtych książkach nic nie słyszał.

Ty, razem z rodziną, wróciłeś do Polski w roku 1995…

-Przyjechałem tu 19 sierpnia 1995 roku. Będzie już więc 26 lat od daty mojego przyjazdu do Ojczyzny.

-Z jaką wizją kraju tu przyjechałeś: optymistyczną czy pesymistyczną?

-Decyzję przyjazdu do kraju ojczystego podejmowałem samodzielnie. Nie miałem żadnych doradców - ani nauczycieli, ani księży czy profesorów. Także w samym procesie repatriacji nikt mi nie pomagał. Faktyczną decyzję o niej podjąłem dopiero po kilku wizytach w kraju, który odwiedzałem jako działacz polonijny czy też jako literat. W czasie tych pobytów w Polsce odnalazłem także swoich dalekich krewnych w Łodzi oraz odwiedziłem wiele miejsc i spotkałem wielu ludzi - m.in. w Warszawie, Krakowie, Szczecinie, Wrocławiu czy Opolu. W Lublinie, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, uczestniczyłem na przykład, w kursie polonijnych nauczycieli języka polskiego.

Ostatecznie wylądowałem ze swoją rodziną w Stalowej Woli, gdzie mieszkam nadal. Jako literatowi praktyczniej byłoby oczywiście osiedlić się np. bliżej Krakowa, Wrocławia, Łodzi czy Warszawy, gdzie jest zdecydowanie więcej wydawnictw czy ośrodków polonijnych. W ostatnich latach to się na szczęście zmieniło. Odległość od wydawnictw teraz nie odgrywa większej roli. Są przecież komputery, jest internet i człowiek może kontaktować się praktycznie z całym światem – Kazachstanem, Ukrainą, Rosją, USA czy Kanadą.

-Lata spędzone w ojczyźnie upoważniają Cię do zabierania głosu na jej temat. Co Ci się w Polsce najbardziej podoba, a co Twoim zdaniem warto byłoby jeszcze zmienić czy poprawić?

-Zacznę od porównania Ojczyzny z terenami byłego Związku Radzieckiego. Tam się przecież wychowałem, tam się uczyłem i studiowałem, tam wreszcie przeżyłem sporą część swojego życia. Miałem tam - i mam nadal wielu przyjaciół, z którymi pozostaję w stałym kontakcie. Tam w Kazachstanie została moja rodzina i krewni. Co prawda w większości już leżą na cmentarzach… Kazachstan jako kraj znałem dobrze i traktowałem go jako swój, ale gdzieś w głębi serca pamiętałem, że mój dziadek był Polakiem z Łodzi – a babcia Polką z okolic Żytomierza na Ukrainie. Jak też rodzice mojej matki.   

      

-Co konkretnego podoba Ci się w Ojczyźnie? Które Twoje marzenia się spełniły?

-Miałem trochę kłopotów rodzinnych. Musiałem przekonywać rodzinę do repatriacji. Najbardziej niezdecydowana była moja żona, która zresztą zawsze bała się wszelkich zmian i nowości. Nie mogłem więc liczyć na jej podpowiedzi. Sam musiałem o wszystkim myśleć, działać i decydować. W Kazachstanie żyło się jednak co raz gorzej. Oczywiście status ekonomiczny nie był głównym motywem mojej decyzji. Jak już wspomniałem wcześniej, pamiętałem w głębi serca o swoich polskich przodkach. Kazachstan zaś dał nam dach nad głową, wykształcenie i żywił przez lata za co pozostanę mu wdzięczny do tej pory.

-Nie odpowiedziałeś mi jeszcze na pytanie: co Twoim zdaniem warto byłoby jeszcze zmienić czy poprawić?

-Uzależnienie od Unii Europejskiej. Tu trzeba uważać. Takie kraje jak Niemcy czy Francja naciskają na zrobienie z UE czegoś na wzór dawnego ZSRR. Tylko kapitalistycznego. Jestem temu zdecydowanie przeciwny. Bardziej odpowiada mi obecna polityka naszych władz, którzy nie chcą zgadzić się na te wszystkie naciski. Jestem za ekonomiczną polityką UE, luzem na przejściach granicznych, ale nie wtrącania się do polityki wewnętrznej Polski. Każdy kraj członkowski UE powinien sam decydować o sobie – a nie Bruksela czy Berlin. Jestem za wolnością wyboru własnej drogi politycznej przez wszystkie kraje członkowskie – tak jak robią to np. Polska czy Węgry.
Zmiany w Polsce były i są nadal potrzebne, ale robione z głową. Tak niestety nie zawsze było. Zdaję sobie sprawę, że do Polski przyjechałem z innego świata, zupełnie innej bajki. Jako literat byłem zapraszany do różnych ośrodków kultury w miastach czy wsiach. Rozmawiałem tam z różnymi ludźmi, którzy podobnie odbierali zachodzące w Polsce zmiany i też nie jednoznacznie oceniali – np. reformy Balcerowicza, uznając je za złe lub nieprzemyślane do końca. Nie podoba mi się też, że wielu Polaków krytykuje i potępia wszystko i nie chce dostrzec wiele dobrych zmian. Nie wierzę też w naszą zbyt ugodową politykę w stosunku do Ukrainy. Nawet Amerykanie ostatnio uznali, że Sewastopolu i całego Krymu nie da się już Ukrainie odzyskać. Faktycznie osamotniona Polska też nie da rady pomóc Ukrainie. Nie można przecież bez końca wspierać Ukrainy finansowo. I to w tym czasie, kiedy oni nie pozwalają nam na ekshumację pomordowanych tam przez banderowców naszych rodaków. Tak być nie powinno!

-Jak Ci się obecnie żyje w Polsce?

-Od kilku lat jestem już na emeryturze. Nie jest ona duża, ale w porównaniu z Kazachstanem jest jak niebo i ziemia. Ani ja, ani moja rodzina, absolutnie nie narzekamy na poziom życia jak czyni to zdecydowana większość Polaków. Wszyscy pomagamy sobie wzajemnie. Oszczędzamy i odkładamy zwyczajem kazachskim. I w zasadzie na wszystko nam starcza. Zawsze byłem realistą, ale też optymistą. Więc dajemy sobie rady!

-Możesz teraz skupić się na pisaniu. Mam tu na myśli Twoją ostatnią książkę...

-Dopiero ostatnio, po latach, postanowiłem dopełnić i doprecyzować wcześniejsze polskojęzyczne wydanie tej książki, które nosiło tytuł To my jesteśmy, Polsko. Przygotowałem teraz i wydałem jej nową wersję. Liczę, że tym razem powiększy ona grono czytelników w całej Polsce. Byłoby dobrze, gdyby stała się lekturą obowiązkową dla wszystkich repatriantów powracających do Polski w ośrodkach adaptacyjnych. Liczę też, że historię deportacji i repatriacji ich Rodaków wraz ze wszystkimi szczegółami, poznają także czytelnicy Polonijni całego świata.

-O czym jest Twoja książka?

-Jest to powieść napisana w formie artystycznej, ale maksymalnie oparta na faktach i zdarzeniach historycznych z życia współczesnych kazachstańskich Polaków - w tym mojej własnej rodziny, przyjaciół, sąsiadów i znajomych. Jest to historia, o której władze PRL wolały zapomnieć i zupełnie nie wspominać. Również władze „nowej, demokratycznej” I II RP nie szczególnie kwapiły się, aby realnie pokazać siebie jako dobrą matkę Polkę wszystkich Polaków. Dopiero teraz… W okresie, kiedy rozpadał się ZSRR, w Kazachstanie, według oficjalnego spisu ludności było około 60 tys. Polaków. Obecnie jest ich tam niecałe 30 tys. Zaledwie nie całych 10 tysięcy z nich, dzięki swoim ogromnym wysiłkom, uporczywości i szczęściu, udało się dostać do Polski. Inni w mieszanych małżeństwach wyjechali do Rosji, Niemiec, a nawet na Ukrainę. Tam wcześniej zrozumieli, że najdroższą walutą dla każdego państwa jest własny naród.
W Polsce natomiast, nawet w sprawie repatriacji, próbowano szukać politycznych, ekonomicznych i religijnych korzyści. I jeśliby nie realne zagrożenie, nie kontrolowaną falą imigrantów z Bliskiego Wschodu czy wręcz Afryki, to kto wie, jak byłoby nadal z tą repatriacją. Chociaż trzeba też przyznać, że dzisiejsze władze są o wiele bardziej przychylnie nastawione dorepatriacji niż ich poprzednicy. Ostatnia Nowelizacja Ustawy repatriacyjnej ponownie rozbudziła spore nadzieje na powrót tysiącom moich ziomków. Tym bardziej, że teraz repatriantom stwarzają o wiele lepsze warunki ekonomiczne.

-A jak wygląda dziś sytuacja Polonii kazachstańskiej?

-Uważam, że chociaż wiedza o moich ziomkach obecnie jest lepiej znana, jednak nie aż na tyle dobrze… Jeszcze na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mało kto w Polsce przypuszczał, że w dalekim Kazachstanie nadal mieszkają dziesiątki tysięcy Polaków i osób polskiego pochodzenia. I prawie wszyscy byli pewni, że zesłani tam po klęsce wrześniowej Polacy, wkrótce po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku, wrócili do nowej Rzeczypospolitej. A tak naprawdę, to wrócili do domu tylko ci, którzy wojnę przeżyli. A i to tak było tylko z Polakami, których wywieziono za Ural w roku 1940 i 1941. Ale była jeszcze pierwsza fala wywózki do Kazachstanu, zwłaszcza w latach 1936-1937. Zsyłano wtedy tych Polaków, którzy pozostawali poza granicami odrodzonej po pierwszej wojnie światowej, po długim 123 letnim niebycie Polski. Wywozili ich ze specjalnie utworzonego, właśnie dla nich, w połowie lat dwudziestych ubiegłego stulecia - polskiego autonomicznego rejonu im. J. Marchlewskiego na sowieckiej Zachodniej Ukrainie, czyli pod Żytomierzem i w okolicach (a już w połowie lat trzydziestych zlikwidowanego), Wywożono nas do Kazachstanu, jako tych, którzy nie spełniali oczekiwań i nadziei władz radzieckich, jako element niepewny, możliwą „piątą kolumnę” przy granicy z „burżuazyjną” Polską. Wywożono ich właśnie za to, że byli Polakami. Wszystkie zaś powojenne traktaty i umowy, zawarte pomiędzy Polską i ZSRR, o repatriacji ludności wywiezionej na wschód - ich nie dotyczyły. Tak więc pozostaliśmy tam jako ludzie bez przeszłości i bez ojczyzny. A i bez przyszłości również. Wszyscy mieliśmy zostać tam z czasem jako typowi, jednolici „ludzie radzieccy” i rozpłynąć się wśród mnóstwa innych plemion i narodów dawnego ZSRR.

-Taką właśnie polityką zainteresowane były władze ZSRR…

-… i zgodziła się na to powojenna Polska. W sumie nie miała większego pola manewru. Była bowiem, w znacznym stopniu, podporządkowana ZSRR. Zresztą stało się to też za zgodą naszych dawnych zachodnich sojuszników. Wszystko szło więc w kierunku zapomnienia. Ale widocznie takiej niesprawiedliwości to nawet sam Pan Bóg w Niebie nie mógł wytrzymać.

-Co było później?

-Zaczęli w końcu do nas przyjeżdżać Polacy z różnych oficjalnych i nieoficjalnych instytucji oraz organizacji. I tak zaczęliśmy, w tym również ja, ponowną walkę o powrót do dawnej Ojczyzny, co bardzo pasowało do mojego charakteru. Ale w szczegółach o tym wszystkim, jak to wyglądało, jak przebiegała ta wywózka, jak żyliśmy w Kazachstanie i jak mieszkaliśmy tam przez te wszystkie dziesięciolecia – od połowy lat trzydziestych do lat ostatnich, postarałem się opowiedzieć w tej książce – jak najbardziej prawdziwie, barwnie i ze szczegółami. Jestem przecież literatem nie tylko z powołania, ale też z wykształcenia. Chyba jako jedyny kazachstański Polak skończyłem w Moskwie Instytut Literacki. .

-Opowiedziałeś to wszystko na przykładzie losów swojej Rodziny…

-… krewnych, sąsiadów, znajomych i nieznajomych ludzi. Korzystałem też z nie licznych kazachstańskich archiwów. Moja książka, chciałbym to jeszcze raz powtórzyć, oparta jest na konkretnych faktach. Nie chciał bym jednak, aby uważano ją tylko za powieść dokumentalną, ale też za literaturę artystyczną. Starałem się chociaż trochę zmienić nazwiska, imiona lub zajmowane stanowiska moich bohaterów, aby w przyszłości nikt nie próbował odnaleźć siebie i swoich krewnych w tym lub innym bohaterze i nie zwracał się do mnie z jakimikolwiek pretensjami. Powieść O tych zapomnianych powiedzcie choć słowo to przede wszystkim literatura piękna.

-Dziękuję Ci Anatolu za rozmowę. Twoja książka godna jest uwagi i polecam ją wszystkim!

-Dziękuję również. A wszystkim, kto chciałby mieć u siebie tą książkę, można ją nabyć przez internet w wydawnictwie Poligraf k. Wrocławia.

rozmawiał Leszek Wątróbski



Zdjęcia: Leszek Watróbski

01. Anatol Diaczyński
02. Kokczetaw 1993. Anatol Diaczński ze swoją rodziną
03. Stalowa Wola. Anatol Diaczyński współcześnie ze swoją rodziną: żoną Anną i córkami ( zaczynając od najstarszej) Oksaną-Ksenią, Julią i Halinką (fot. archiwum)
04. Ostatnia książka A. Diaczyńskiego „O tych zapomnianych powiedzcie choć słowo…”



senat_polonia_2025

ZADANIE DOFINANSOWANE W RAMACH SPRAWOWANIA OPIEKI

SENATU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

NAD POLONIĄ I POLAKAMI ZA GRANICĄ W 2025 ROKU