O podróżach dookoła świata...

17.12.2021

Boże Narodzenie na pustyni. O podróżach dookoła świata... -rozmowa z Andrzejem „Jędrkiem” Sochackim, Polakiem mieszkającym w USA

– Jesteś jednym z najbardziej ciekawych podróżników na świecie. Podróżujesz wyłącznie za własne, zarobione na ten cel, pieniądze. Od roku 1973 mieszkasz w USA. Genetycznie i z zamiłowania jesteś wagabundą – z wykształcenia magistrem agromechanizacji – z pasją dziennikarską…

– Od wielu już lat jestem na emeryturze. Urodziłem się w Warszawie, w roku 1943, na Targówku. Jestem polskim i amerykańskim obywatelem. We wszystkich swoich podróżach spędziłem ponad 20 lat, gromadząc w swoim bagażu blisko 500 tys. km oraz 167 zwiedzonych krajów świata na 6 kontynentach. Korzystałem z bardzo różnych środków komunikacji: samochodu, samolotu, jachtu, pociągu, autobusu, helikoptera czy motoru. Zawsze podróżowałem z polską fantazją i orłem na piersi rozsławiając swoją ojczyznę. Nie wyobrażam sobie, że może być inaczej.

– Dlaczego wyjechałeś z Polski?

– Były dwa powody. Pierwszy, bo chciałem zobaczyć, jak ten świat naprawdę wygląda. I drugi: bo siedzi we mnie coś, że obok podróżowania, chcę coś zrobić ekstra dobrego dla siebie oraz dla kraju. Urodziłem się w zamożnej rodzinie. Mogłem np. dusić ojca, aby sfinansował mi podróż. Nie pozwalała mi jednak na to ambicja. Przyjąłem więc własną filozofię – podróżuję tyle, ile sam zarobię i jak długo starczy mi pieniędzy. Podróżowałem więc i pracowałem. Postanowiłem wyjechać z kraju i uczciwie pracować, a potem zwiedzać, ale – powtarzam: wyłącznie za swoje.

– Jak wyglądały Twoje pierwsze dni w USA?

– Chciałem wyjechać z Polski i zobaczyć, czy dam sobie radę sam w obcym miejscu. Dlatego przyjechałem do USA w ciemno, bez znajomości angielskiego, z kilkoma setkami dolarów w kieszeni (w szkole średniej, w kraju, uczyłem się francuskiego). Wiedziałem tylko, że w USA jest Nowy Jork, Greenpoint i są też Polacy. Na starcie nie miałem tam żadnej bazy, żadnego wsparcia w rodzinie. Zaproszenie, na które przybyłem do USA, było naciągane. Dostałem je od „nieznanego wujka”, którego dane osobowe zdobyła dla mnie agencja z jakiegoś... nagrobka. Ciągle jeszcze, z dużym niedowierzaniem, że jestem już w zupełnie innym świecie, wziąłem taksówkę z lotniska i wysiadłem na Greenpoincie – w polskiej dzielnicy. Zostawiłem bagaż w punkcie informacyjnym Centrum Polsko-Słowiańskim przy Manhattan Avenue i pierwszy raz w życiu spacerowałem beztrosko po amerykańskich ulicach. W razie niepowodzenia miałem przecież w kieszeni bilet powrotny do kraju i trochę kasy. I tak się zaczęło.

– Postanowiłeś więc zarobić na polskiego fiata i pojechać nim dookoła świata... jako Polak.

– Kiedy uzbierałem już odpowiednią sumę, to skontaktowałem się z bratem w Polsce. Za jego pośrednictwem kupiłem fiata 1500 kombi w warszawskiej FSO na Żeraniu. A mój kolega z młodych lat był tam kierownikiem działu technicznego. Fiat nowy kosztował wówczas 1600 USD. Ja zapłaciłem 2600 USD. Dopłaciłem za wzmocnienie układu hamulcowego i dodatkowo wielu innych udogodnień na planowaną trasę dookoła świata. Poszedłem następnie do polskiego konsulatu w Nowym Jorku. Chciałem ich prosić o pozwolenie Andrzej Sochacki – wagabunda, podczas podróży samochodem wokół Europy na odebranie zakupionego samochodu przez brata i przesłanie go do USA. Takie wówczas były przepisy. Zamiast pozwolenia, po które tam przyszedłem, zabrano mi wtedy paszport, który odzyskałem dopiero po 18 latach.

– I miałeś się w Nowym Jorku wielu prac. Byłeś też, przez blisko 3 lata, kierownikiem polskiej sobotniej szkoły w Ozone Park.

– … w latach 1974-1976 – w południowo-zachodniej części Nowego Jorku, w dzielnicy Queens położonej obok toru wyścigowego Aqueduct w South Ozone Park. Kiedy zaczynałem tam pracę, to miałem zaledwie 9 dzieci, a trzy lata później było już ich około 80. Uważam to za swój sukces.

– Potem zacząłeś realizować swoje plany podróżnicze.

– Już samo przygotowanie podróży wymagało dużego doświadczenia i wzmożonej uwagi. Dzięki temu mogłem zapomnieć o codziennych problemach, które mnie prześladowały wcześniej w pracy. I bez ubocznych stresów poświęcałem dużo uwagi na zorganizowanie i realizację wyprawy, która bardzo mnie wzbogaciła, a po jej zakończeniu także i innych. Przed wyjazdem nakreślałem sobie miejsca docelowe, które chcę odwiedzić, robiąc ewentualne jej korekty w czasie jej trwania. Pierwsza podróż dookoła świata (1977-1979) utkwiła mi w pamięci najbardziej. W czasie jej trwania odwiedzałem także środowiska polonijne. Interesowało mnie szczególnie szkolnictwo polonijne. Byłem przecież wcześniej pedagogiem pracując jako asystent na SGGW w Warszawie i przez kilka lat jako dyrektor polonijnej sobotniej szkoły w Nowym Jorku. Miałem ze sobą pismo polecające od Alojzego Mazewskiego – prezesa Związku Narodowego Polskiego informujące, iż jako ambasador Polonii jadę w podróż dookoła świata. I z tym glejtem byłem przyjmowany przez wszystkich prezesów w odwiedzanych krajach. Gdybym wówczas, a były to czasy komuny, podróżował po świecie jako Polak z kraju, to nie byłbym nigdzie przyjmowany. Dzięki temu mogłem spotykać się z Polonią i robić dla niej odczyty, zaznajamiając ich z krajowymi nowinami. W moich spotkaniach opowiadałem również życiu Polonii amerykańskiej i swoich odbytych podróżach. I takich spotkań połączonych z pokazywaniem slajdów miałem setki.

– W czasie tej pierwszej podróży odwiedziłeś 35 krajów.

– Tak. Kanadę, Meksyk, Amerykę Centralną, Wenezuelę, Peru, Boliwię, Brazylię, Argentynę, Chile, Wyspy Pacyfiku, Singapur, Indie, Iran, Grecję, Włochy, Niemcy itd. Łącznie zrobiłem wówczas lądem ok. 72 tys. km. Poniesione koszty oszacowałem na 23 tys. USD. Była to wspaniała okazja do zapoznania się ze stanem kultury, języka i tradycji polskiej na świecie. Podróż tę odbyłem volkswagenem „garbusem”. Nie miałem też polskiego paszportu, który mi zabrano. Korzystałem z amerykańskiego dokumentu podróży reentry permit (tzw. biały paszport), dzięki któremu mogłem wyjechać z USA i wrócić w ramach jego ważności (maksymalnie 2 lata). Pierwsza podróż i każda kolejna nauczyły mnie zrozumienia dla ludzi prostych, większej cierpliwości do nich czy łatwiejszego przebaczanie im za niedotrzymane słowa. Nie wymagania wreszcie od nich tyle – ile od siebie samego. Uważam, że takie właśnie podejście jest owocem dojrzałości.

– Drugą podróż odbyłeś samolotem...

–… czyli drogą powietrzną. Tym razem świat obleciałem ze wschodu na zachód samolotami komercjalnymi. Kupiłem w tym celu otwarty bilet lotniczy. Eskapadę z 16 lądowaniami, zrealizowałem w ciągu czterech i pół miesiąca zwiedzając 15 krajów. Wystartowałem i zakończyłem podróż w Los Angeles, USA w 1979 roku.

– Potem były kolejne wyprawy…

– Odbyłem również wiele pomniejszych podróży, które mogłyby być marzeniem życia niejednego z nas: wokół Stanów Zjednoczonych przez 32 stany przygraniczne i dwa kanadyjskie samochodem „Lincoln Continental”; dookoła Karaibów przez 17 wysp-krajów mieszanym transportem; po Ameryce Środkowej i Południowej koleją i autobusem; dookoła Skandynawii samochodem mercedes; – po Alasce lub Hawajach mieszanym transportem; czy dookoła Polski.

-Którą ze swoich podróży zapamiętałeś najbardziej i dlaczego?

-To było 23 grudnia 1998 roku, kiedy zbliżałem się do granicy Maroka (jadąc z Muretanii). Trzy dni wcześniej zakopałem się w piachu na pustyni saharyjskiej. Wysiadł mi silnik, a zgodnie z planem powinienem być w okolicy Dakaru (Senegal). A tu pech! I tam właśnie, na pustyni, musiałem spędzić święta Bożego Narodzenia.

-Po kolejnym powrocie do USA udało Ci się założyć Klub „Centrum Wagabundy”...

-Klub powstał w roku 1990 w Phoenix w Arizonie. Jego inauguracyjne spotkanie odbyło się w maju 1991 roku. Nowy klub, poświęcony przez proboszcza polskiej parafii i zarejestrowany został w Miejskiej Korporacji Phoenix jako „Foundation of the Vagabond Center”. Mogli w nim spotykać się podróżnicy i przez 3 dni mieszkać i korzystać z wiktu i opierunku gratis. Na inauguracyjną imprezę zaprosiłem konsula RP z Los Angeles, prezesów polskich organizacji działających w Phoenix i około 100 innych gości. Byłem dumny, bo było to pierwsze po wojnie spotkania władz konsulatu RP z Arizońską Polonią.

– Jakie były cele działalności Twojego nowego Klubu?

– Było ich kilka. Do najważniejszych należało organizowanie spotkań z podróżnikami i artystami; udzielanie fachowych porad początkującym podróżnikom; prowadzenie sekcji dla młodzieży oraz organizowanie wycieczek, zabaw rozrywkowych i pikników. Klub pośredniczył taż przy zakupie biletów podróży po najkorzystniejszych cenach oraz wysyłał dzieci na kolonie letnie w kraju i za granicę.

– Byłeś w tym roku w kraju na wakacjach...

– Staram się odwiedzać ojczyznę raz do roku. Pierwszy raz, po wyjeździe, odwiedziłem Polskę po 18 latach życia na emigracji – w roku 1991. Chciałem sprzedać dom i wyruszyć w transatlantycki rejs statkiem dookoła świata. Byłby to atlantycki cruiser, którym można podróżować przez rok zmieniając go 3 razy. Chciałbym też, aby moje podróże zostały wykorzystane w jakimś scenariuszu filmowym…

-Czego Ci z całego serca życzę.

Rozmawiał Leszek Wątróbski



Zdjęcia:

1. Andrzej Sochacki opowiada o swoich podróżach dookoła świata… (fot. Leszek Wątróbski)
2. Spotkanie z grupą młodzieży
3. Podróżnik przed swoim samochodem
4. Przed katedrą pw. Notre Dame de la Paix de Yamoussoukro (Wybrzeże Kości Słoniowej)





senat_polonia_2025

ZADANIE DOFINANSOWANE W RAMACH SPRAWOWANIA OPIEKI

SENATU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

NAD POLONIĄ I POLAKAMI ZA GRANICĄ W 2025 ROKU